środa, 29 marca 2017

"Zabójczyni" - RECENZJA KSIĄŻKI


Oryginalny tytuł: The Assassin's Blade

Autor: Sarah J. Maas

Wydawnictwo: Uroboros

Seria: Szklany tron

Liczba stron: 462

Groźna zabójczyni Celaena Sardothien pragnie dokonać odwetu. Gildia Zabójców wysyła ją na daleką wyspę na tropikalnych morzach, gdzie Celaena ma odebrać dług od Władcy Piratów. Gdy jednak dowiaduje się, że spłatę uzgodniono nie w pieniądzach, a w niewolnikach, charakter jej misji nagle ulega zmianie i zabójczyni zaryzykuje wszystkim, by naprawić dziejące się zło.

Zazwyczaj nowelki są skierowane do fanów, którzy pokochali serię za poprzednie tomy i chcą przeczytać coś, co pozwala lepiej poznać ulubionych bohaterów. W takim przypadku, najczęściej tylko miłośnicy serii są zadowoleni, a przeciętny czytelnik może się nudzić. W przypadku "Zabójczyni" tak nie jest. Ten zbiór równie dobrze mógłby być samodzielną powieścią, która podbiłaby serca czytelników! Jestem trochę zdziwiona, że nowelki wcześniej zostały wydane osobno. Przed przeczytaniem sądziłam, że każda z nich jest tylko urywkiem z życia Celaeny, ale potem okazało się, że tworzą dobrze zgraną całość, przez co czytanie ich w innej kolejności byłoby dużym błędem.W każdej nowelce powtarza się schemat- powolny wstęp i zakończenie, w którym akcja pędzi do tego stopnia, że nie można się oderwać. Osoby, które czytały "Szklany tron" wiedzą jaki będzie finał, ale to nie przeszkadza autorce w ciągłym zaskakiwaniu nas. A fakt, że zdajemy sobie sprawę z tego, jaki koszmar czego na nas w końcówce jest czymś druzgoczącym. Autorka w brutalny sposób wydarła nam nadzieję na szczęśliwe zakończenie.
Jak wiadomo, Celana to jedna z niewielu bohaterek, którą prawie wszyscy uwielbiają. Ja nie jestem wyjątkiem. W "Zabójczyni" bardzo podobała mi się jej przemiana. Początek pierwszej nowelki pokazuję bohaterkę jako zabójczynię, ślepo zapatrzoną w swojego mistrza, ale po koniec mentor Celaeny pokazał swoje prawdziwe oblicze, które bardzo różni się od jej dotychczasowego wyobrażenia. Celaena na początku mogła się wydawać nieco zbyt wyidealizowana: najpiękniejsza, najsprytniejsza, najsilniejsza i najmądrzejsza. Jednak potem i jej maska opada. Okazuję się, że nawet wspaniała Celaena Sardothien czasem się boi... Nie tylko główna bohaterka jest bardzo złożoną postacią. "Zabójczyni" ma w sobie całą paletę doskonale zarysowanych i wyrazistych bohaterów. Każdy z nich jest skomplikowany i rzadko kiedy możemy przewidzieć jego działania. Pani Maas posługuje się przystępnym dla czytelnika stylem pisania, jednak nie można mu zarzucić infantylności. Każda z nowelek ma tylko około stu stron, więc nie uświadczymy w nich zbędnych opisów. "Zabójczyni " to obowiązkowa pozycja dla fanów Sarah J. Maas, ale nie tylko. Każdy kto dopiero ma zamiar przeczytać "Szklany tron" powinien zaopatrzyć się w nowelki. Uprzedzam, że bez względu na to czy czytaliście wcześniejsze tomy, czy nie wasze serce zostanie wyrwane z piersi i posiekane na drobne kawałeczki.


sobota, 25 marca 2017

"Mniej złości, więcej miłości" - RECENZJA KSIĄŻKI


Oryginalny tytuł: Mniej złości, więcej miłości

Autor: Natalia Sońska

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Liczba stron: 324

Kinga pracuje w redakcji pisma modowego „Pearl”. Jej życie jest idealnie poukładane i pozbawione problemów. Fajna praca i zakochany w dziewczynie po uszy fotograf Daniel są cudownym uzupełnieniem sielanki. Nic nie zapowiada nagłego załamania… Życie Kingi zmienia się jednak diametralnie, gdy dziewczyna dowiaduje się, że jej ukochany wyjeżdża na międzynarodowy kontrakt do Afryki i zostawia ją na kilka miesięcy. Ale nie jest to jedyna szokująca wiadomość…

To miała być miła i przyjemna obyczajówka. Nie zgadzałam się na łamanie mojego serca! To nie miało tak być! Pod koniec byłam pewna, że wiem jak się skończy "Mniej złości, więcej miłości" i uśmiechem na ustach przerzucałam kolejne strony, aż dotarłam do ostatniej... Chyba nikt nie powiedział autorce, że w taki sposób nie kończy się książek! Nie można zostawiać czytelnika ze złamanym sercem i szczęką na podłodze! Jednak zacznijmy od początku... Kingę poznaliśmy już w "Garści pierników, szczypcie miłości". Akcja toczy się kilka miesięcy po wydarzeniach z tamtej powieści. W końcówce Kinga umówiła się z Danielem na sylwestra i jak się okazało od tamtego czasu tworzą szczęśliwą parę. Jednak do czasu... Pewien "problem"- jak określił to Daniel, staje na drodze ich szczęścia. Mężczyzna wyjeżdża, a Kinga zostaje sama ze złamanym sercem. Z opisu mogłoby się wydawać, że "Mniej złości, więcej miłości" to opowieść o uczuciu tej dwójki, jednak pokuszę się o stwierdzenie, że bardzo często są spychani na drugi plan. Za to na pierwszy na przemian wysuwają się dwie inne historie. Pierwsza zaczyna się w momencie, gdy Kinga znajduję stare zdjęcia i próbuje rozwikłać tajemnice rodziny zamieszkującej kilkadziesiąt lat temu jej dom. Druga to losy nowej dziennikarki zatrudnionej w  "Pearl" - Mirki (w książce częściej była nazywana Mirą, ale nie znoszę tego zdrobnienia). Kobieta podejrzewa swojego byłego chłopaka o współpracę z ... mafią. Jak możecie się domyślić - będzie ciekawie... Pościgi, porwania - tego na pewno nie zabranie. 

Na początku miałam wrażenie, jakby autorka nie wiedziała o czym napisać tą książkę i powciskała mnóstwo niepasujących wątków - mafia nijak mi nie pasowała do rodzinnych tajemnic z przeszłości. Jednak  w końcówce świetnie się to zgrało i stworzyło spójną historię. W  "Garści pierników, szczypcie miłości" miałam problem z bohaterami i tak samo tutaj nie wszystkich polubiłam. Szczególną niechęć żywię do Mirki. Na początku wydawała się pozytywnie zakręconą osobą, jednak potem zaczęła mnie niemiłosierni irytować. Przez większość książki zachowywała się jak rozkapryszony bachor, wielokrotnie ryzykowała swoim (i nie tylko swoim) życiem, żeby zrobić komuś na złość, a najczęściej były to osoby, które chciały jej pomóc. Autorka potem po części wyjaśniła, skąd wzięło się u niej takie zachowanie, jednak to nie zmienia faktu, że miałam ochotę porządnie potrząsnąć tą kobietą! Wręcz wyczekiwałam chwili, w której wreszcie zapłaci za swoją głupotę i nikt nie będzie jej wtedy ratował. Osobą, które już czytały "Mniej złości, więcej miłości" powiem, że wolałabym, aby to Mirka musiała przeżywać to co Kinga  w końcówce. Podsumowując: to dobra książka, którą warto przeczytać mając już za sobą "Garść pierników...". Język autorki jest prosty i przyjemny, więc można ją pochłonąć w kilka wieczorów. Tak jak pisałam na początku - zaskoczenie zaskakuje i jest najmocniejszym aspektem całej powieści. Dwie wcześniejsze powieści Natalii Sońskiej jakie czytałam były urocze i bajkowe, a finał tej jest bardziej realistyczny, bo w prawdziwym życiu nie zawsze wszystko dobrze się kończy. Nie dawno wyszekolejny tom o losach Kingi i Hani - już nie mogę się doczekać aż go przeczytam!

 

środa, 22 marca 2017

"Dziewczyna o kruchym sercu" - RECENZJA KSIĄŻKI


Oryginalny tytuł: Dziewczyna o kruchym sercu

  Autor: Elżbieta Rodzeń

Wydawnictwo: Zysk i S-ka


Liczba stron: 568


 Janek to chłopak towarzyski i lubiany, w szkole wzorowy uczeń, a w wolnych chwilach wolontariusz. Ulka to jego przeciwieństwo – opryskliwa, nieufna, skryta. Oboje są w klasie maturalnej, a z racji częstych nieobecności dziewczyna ma zaległości z matematyki. Janek zgłasza się na ochotnika, aby jej pomóc. Chce po prostu wypełnić kolejne zadanie. Z biegiem czasu z zaskoczeniem odkrywa, że coraz bardziej zależy mu na Uli. Dziewczyna jednak cały czas go odpycha… Zupełnie jakby czuła, że on nie jest z nią szczery i nigdy nie będzie mógł zdradzić jej swojej tajemnicy. Czy Ula pozwoli Jankowi zbliżyć się do siebie?


Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale wolę pisać recenzje słabych książek. Wtedy szybko i łatwo mogę się wyżalić i ponarzekać, a gdy przeczytam coś wyjątkowo dobrego nigdy nie wiem, co napisać. Właśnie tak jest w tym przypadku. Elżbieta Rodzeń stworzyła powieść, którą trudno opisać słowami. Jeśli myślicie, że to kolejna smutna historyjka o chorych nastolatkach, to jesteście w błędzie. Autorka nie stara się nam na siłę wpierać, że chore osoby muszę być silne, walczyć i nigdy się nie poddawać. Elżbieta Rodzeń nie boi się pisać o bólu, strachu i poniżeniu. Najbardziej w tej powieści podobała mi się właśnie ta szczerość, bez udziwnień i upiększeń. "Dziewczyna o kruchym sercu" mogłaby się wydawać historią o chorobie jakich wiele. Tylko, że w tej książce nic nie jest typowe. Jest to powieść od początku do końca przepełniona smutkiem i cierpieniem, jednak równie często co łzy, na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Praktycznie od początku wiemy, jak ciężko chora jest Ula i zdajemy sobie sprawę z tego, jak ta historia może się skończyć, jednak mimo to z całych sił ściskamy kciuki za to, żeby wydarzył się cud
Dawno nie spotkałam się z tak przezabawnymi i uroczymi dialogami. Trudno mi to opisać słowami, ale wydawały się takie.... naturalne. Czasem potrafię sobie wyobrazić, w którym momencie autor myślał: "Tak, teraz muszą się śmiać". Jednak tym razem nie znalazłam ani słowa pisanego na siłę. Kolejną ogromną zaletą są bohaterowie. Rzadko zdarza się, że i chłopak, i dziewczyna przypadają mi do gustu, a Elżbiecie Rodzeń udało się tego dokonać. Janek był miłym oderwaniem od bohaterów z jakimi spotykałam się dotychczas. Zauważyłam, że typowi "niegrzeczni chłopcy" powoli odchodzą w zapomnienie, a na ich miejscu pojawiają się ci "skrzywdzeni przez los". Nie zrozumcie mnie źle, bo często sięgam po książki o bohaterach z drugiej kategorii i bardzo je lubię, ale cieszę się, że w tej książce mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Janek co prawda jest dość popularny w szkole, ale nie można mu zarzucić arogancji. Świetnie się uczy, jednak jak się później okazuje nie we wszystkim jest taki doskonały, co tylko dodaje uroku. To bohater z sercem na dłoni, szczery, dobroduszny oraz głęboko wierzący. 
Ulka to dziewczyna, która większość życia spędziła w szpitalu. Przez co stała się opryskliwa i niedostępna, jednak Jankowi udaje się odsłonić jej prawdziwe oblicze. Odrywa dziewczynę, która kocha piec, czytać książki i nie chcę spędzić reszty życia w domu... czekając na śmierć. O Ule troszczy się wiele osób, ale dopiero Janek pozwala jej być normalną dziewczyną. Jak łatwo się domyślić, zaczyna łączyć ich uczucie, jednak chłopak nie może zapomnieć o tym, że pojawił się w życiu Uli po to, żeby pomóc jej spokojnie odejść. Mimo to coraz częściej zaczyna myśleć o tym, czy jest jakiś sposób, żeby ją zatrzymać. Bardzo mi się podobało jak autorka poprowadziła wątek wiary głównego bohatera i wszystkiego co się z nią wiąże. Bałam się, że zakończenie wyjdzie zbyt cukierkowe i tandetne, jednak okazało się naprawdę dobre. Pewne wątki zaskakująco się rozwinęły, co nie zdarza się często w książkach tego typu.
Długo zwlekałam z napisaniem recenzji "Dziewczyny o kruchym sercu". Nadal mam w głowie taką plątaninę myśli, że trudno mi napisać jakieś sensowne zdane. Jest to przepiękna i niezwykle przejmująca powieść, którą naprawdę trzeba przeczytać. Długo się zastanawiałam co mam napisać. Jak ująć uczucia, które towarzyszyły mi podczas czytania, jednak najlepiej będzie, jeśli sami ją przeczytacie i odkryjecie jej magię. 

sobota, 18 marca 2017

Bookowe LOVE #2 Team Chaol VS Team Dorian VS Team Rowan


Do współpracy przy tworzeniu tego posta zaprosiłam:
Gosię z Wyznań uzależnionej od... książek 
i Klaudię z  Zaczytanej w książkach 
Jeszcze raz bardzo dziękuję i zachęcam do zaglądania na ich blogi :-)

Seria polega na skonfrontowaniu dwóch chłopaków z popularnych serii książkowych. W całej akcji chodzi o to, żeby móc spojrzeć na postacie trochę z innej perspektywy. Czasami nam się wydaje niemożliwe, że ktoś lubi jakąś postać. Ta seria ma pozwolić wszystkim książkoholikom spojrzeć na bohaterów, których nie lubią oczami ich fanów. 
 
#1 Post o "Igrzyskach śmierci"


! !   MOŻLIWE   SPOILERY   ! !

#TeamChaol

Ja:

Jeszcze zanim zaczęłam czytać "Szklany tron" byłam pewna, że pokocham Doriana. Z recenzji wywnioskowałam, że cechy jego charaktery w pełni odpowiadają moim oczekiwaniom, jednak po lekturze pierwszego temu nie byłam przekonana, którego z panów wolę. Natomiast już na początku "Korony w mroku" wiedziałam, że moje serce należy do Chaola. Mężczyzna jest surowym i dumnym kapitanem z nieco sarkastycznym poczuciem humoru. Nienagannie wykonuje obowiązki, ale bywa szorstki i nieuprzejmy. Jednak dla swoich przyjaciół jest gotów umrzeć. Czasem ma problemy z wyrażaniem swoich uczuć i jest nieufny w stosunku do obcych. Całkowicie ujęła mnie przemiana, jaką Chaol przechodzi na kartach serii. Z każdym kolejnym rozdziałem odsłaniał przed Celaeną jakiś kawałek siebie. Pod maską wyniosłości i dumy skrywa czułe i szukające miłości serce. Chyba nie muszę dodawać, jak bardzo zdruzgotały mnie  wydarzenia z drugiego tomu... Uważam, że Chaol i Celaena tworzą świetną parę, ale nie będę wyrywać kartek, jeśli na końcu serii nie będą razem. Liczy się dla mnie tylko to, żeby mężczyzna był szczęśliwy, bo naprawdę na to zasługuje. Gdybym tylko mogła wyrwałabym go z Adarlanu i schowała w moje szafie, aby nikt nie mógł go skrzywdzić...


#TeamDorian

Klaudia:

Dorian Havilliard - następca tronu Adarlanu, mężczyzna o niesamowitej mocy, wierny i lojalny przyjaciel, sprawiedliwy książę, który pragnie dla swoich poddanych wszystkiego, co najlepsze. Ma przygoda z serią ,,Szklany tron" zaczęła się dawno temu. Wciągnęła mnie od pierwszej strony i do teraz nie mogę się od niej uwolnić. Bohaterowie okazali się pełni ikry oraz humoru. Aelin, Chaol, Rowan - mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Zdobyli moją sympatię, ale serce należy wyłącznie do NIEGO - księcia Doriana. Oczarował mnie swoją siłą. Wydawałoby się, że mając tak okrutnego ojca, następca tronu nie może być od niego lepszy. Rozpieszczony bachor, który nigdy nie poczuł zimna oraz głodu. Jak mylne jest to wrażenie, może wiedzieć tylko on sam. Dorian ewoluował od pierwszego tomu. Z każdą książką stawał się odważniejszy, lepszy, doskonalszy. Ten "dzieciak" przeistoczył się w mężczyznę, który jest pewny swego, a zarazem potrafi przyjąć krytykę. Sprawiedliwy władca, który nie boi się ciężkiej pracy - czy to możliwe? Dorian nie miał łatwego życia. Wie, czym jest ból. Choć początkowo zakochał się w Celaenie to nigdy nie sądziłam, by stworzyli udany związek. Z czasem dojrzał i zrozumiał, że to nie ta droga. Kiedy odkrył swoje prawdziwe moce oraz zakochał się w pewnej uzdrowicielce - zdarzyło się coś strasznego. Dorian musiał zmierzyć się z niewyobrażalną ciemnością, a kiedy już się od niej uwolnił stał się innym człowiekiem. Nie wiem, jak potoczą się jego losy. Mam nadzieję, że pani Maas w końcu pozwoli mu odnaleźć spokój, ale jestem pewna jednego - Dorian Havilliard to najlepsza postać z całej serii. Nikt mu nie dorówna!

#TeamRowan

Gosia:

"Szklany Tron" podobał mi się już od samego początku, jednak im dalej, tym byłam bardziej zachwycona twórczością Sarah J. Maas. Głównie było to spowodowane rozbudowywaniem wątku magicznego, a za razem pojawieniem się fantastycznych postaci. Jedną z nich jest książę Fae, Rowan. Na początku był kreowany dosyć negatywnie, jednak miał w sobie coś, co mnie do niego przyciągało. Jak się okazało, jego chłodny stosunek do Celaeny był uwarunkowany wcześniejszymi przeżyciami. Dzięki uporowi dziewczyny, mężczyzna otworzył się i stał się jedną z bardziej znaczących postaci w książce. Myślę, że to właśnie ta para będzie władać Erileą, po zwycięstwie nad królem Adarlanu. Rowan jest odważny, męski i zdecydowany. Jest człowiekiem, ale również potrafi się przemienić w fantastycznego wojownika, przyjmując formę Fae. Czego jako kobieta mogę chcieć więcej? 

 Czekam na Wasze komentarze!

Któraś z nas Was przekonała?
Którego bohatera "Szklanego Tronu" wolicie?



P.S. Jakich bohaterów chcielibyście zobaczyć w kolejnej odsłonie tego posta? Ktoś z Was jest zainteresowany współpracą przy jego tworzeniu?


środa, 15 marca 2017

"Sama się prosiła" - RECENZJA KSIĄŻKI


Oryginalny tytuł: Asking For It

Autor: Louise O'Neill

Wydawnictwo: Feeria

Liczba stron: 344

 Pewnego dnia, po imprezie, Emma O’Donovan budzi się na progu swojego domu, a właściwie znajdują ją tam rodzice. Dziewczyna krwawi, jest brudna i zdezorientowana. Pamięta, że była z przyjaciółkami na imprezie, ale nie ma pojęcia, co się właściwie wydarzyło. Wie tylko tyle, że nikt nie odpowiada na jej esemesy. Do tej pory wszyscy chcieli być blisko niej, teraz w szkole odwracają się od niej i szepczą za jej plecami. Nic nie pamięta z imprezy, ale ktoś wstawił na Facebooka jej zdjęcia. Zdjęcia, których nigdy nie zapomni.

Emma jest typem bohaterki, który wzbudza we mnie czystą pogardę. To pusta i zapatrzona w siebie dziewczynka, uważająca się za lepszą od innych. Jej "koleżanki" powinny być zaszczycone tym, że się z nią przyjaźnią. Co z tego, że Emma flirtuje z ich chłopakami? Przecież to EMMA O'DONOVAN, więc nie możemy się dziwić, że wszystkim się podoba, a nic nie napędza jej tak, jak zazdrosne spojrzenia innych dziewczyn. Emma uważa się za najpiękniejszą, przez co niejednokrotnie wyśmiewa inne koleżanki. Dziewczyna jest totalną egoistką i nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. Podczas jednej z imprez chce pokazać wszystkim, że nie jest grzeczna i nudna. Rano budzi się zakrwawiona, półnaga i nie pamięta, tego co wydarzyło się na imprezie. Sądzi, że po prostu za bardzo zabalowała, ale następnego dnia w szkole wszyscy ją ignorują i wyśmiewają. Emma zaczyna rozumieć, co się wydarzyło, dopiero po obejrzeniu filmików i zdjęć z sobą w roli głównej. Warsztat pisarki Louise O'Neil nie powala. Na początku poznajmy mnóstwo różnych bohaterów, w których można się pogubić, a potem przez większość książki akcja skupia się na myślach Emmy, która praktycznie nie wychodzi z domu.  
Przyznam, że w niektórych momentach nie mogłam zrozumieć jej zachowania, ale myślę, że na to wszystko przymknęłabym oko, jednak zakończenie sprawiło, że nie mogę opanować swoich emocji. Niestety, są one negatywne. Uprzedzam, że to może być spoiler, ale muszę Was ostrzec. Wiecie jaki morał wypływa z tej książki? Trzeba siedzieć cicho i udawać, że nic się nie stało. Przecież chłopcy z dobrych domów nie robią złych rzeczy, a jeśli ktoś ich o to posądzi, to pewnie tylko dlatego, żeby zniszczyć im życie. Uważam, że książka ma bardzo zły przekaz, co prawda autorka w Posłowiu tłumaczy dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej, ale kilka zdań nie wystarczy, by załagodzić cały niesmak i oburzenie, jakie poczułam po skończeniu książki. A po drugie wiele osób pomija posłowie i podziękowania.  Przez całą książkę nie potrafiłam współczuć Emmie. Główna bohaterka aniołem nie była i czasami faktycznie sama się o to prosiła, jednak to nie wpływa na to, że winni powinni ponieść karę. Dziewczyna od samego początku była bardzo irytująca, ale ona to jeszcze nic w porównaniu z jej rodzicami. Nawet nie zamierzam opisywać ich zachowania, bo nie chcę używać wulgaryzmów, a innymi słowami nie jestem w stanie wyrazić tego, co myślę na ich temat. Jedyną postacią, którą polubiłam był brat Emmy. Mam wrażenie, że w tej książce tylko on myślał racjonalnie. Relację rodzinne stanowią najciekawszy aspekt tej historii, jednak również i ten wątek pozostał bez zakończenia. "Sama się prosiła" to książka z wielkim potencjałem, jednak nie postał on wykorzystany - bohaterowie są płytcy, a wątki pourywane.
Moim zdaniem nie jest to książka o tym, jak poradzić sobie, gdy spotka nas tak niewyobrażalna krzywda, jaką jest gwałt. Jak już pisałam nie podoba mi się końcowy wydźwięk i jeśli mamy wynieść z niej jakiś morał, to na pewno nie taki, że "nie możemy dramatyzować i rujnować innym życia, za to powinnyśmy przejść do normalnego trybu życia i najlepiej nikomu o niczym nie mówić". Zachowanie Emmy pokazuje, że nie powinnyśmy starać się na siłę przypodobać innym. Upijanie do nieprzytomności, branie narkotyków i podrywanie cudzych chłopaków nie sprawi, że poczujemy się bardziej wartościowe. Jeszcze raz podkreślę: zachowanie tej grupki chłopaków (a właściwie wszystkich uczestników imprezy, którzy patrzyli z rozbawieniem na to co działo się z Emmą) było karygodne i nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić, ale gdyby Emma chociaż przez chwilę pomyślała, mogłaby uniknąć tego koszmaru. Emma się o to nie prosiła. Żadna kobieta nie prosi się o gwałt! Ale nasz świat wygląda jak wygląda, więc jeśli chcemy, żeby ktoś nas szanował, musimy najpierw same to robić.


Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.