środa, 21 grudnia 2016

ŚWIĘTA NA EKRANIE: "To własnie miłość", "Holiday", "Listy do M."...


  
Amanda prowadzi w Los Angeles dobrze prosperującą agencję reklamową. Mniej szczęścia ma ona jednak w życiu prywatnym. Gdy dowiaduje się o zdradzie swojego chłopaka, w napadzie szału wyrzuca go z domu. W tym samym czasie z powodu złamanego serca cierpi też mieszkająca w Anglii Iris, która jest redaktorką kolumny ślubnej w gazecie. Obie rozczarowane miłością kobiety poznają się na stronie internetowej oferującej czasową zamianę domów. Pod wpływem impulsu postanawiają, że na okres Bożego Narodzenia udostępnią sobie nawzajem swoje mieszkania. Amanda wyrusza do śnieżnej Anglii, a Iris leci do słonecznego Miasta Aniołów. Po dotarciu na miejsce Amanda poznaje przystojnego brata Iris, Grahama. Iris zaś spotyka sympatycznego współpracownika Amandy, Milesa. Odtąd życie obu kobiet się zmienia.

Jeśli miałabym opisać ten film jednym zdaniem powiedziałabym, że jest po prostu uroczy. Na szczęście nie aż w takim stopniu, że robi się niedobrze. "Holiday" obfituje w zabawne i romantyczne sceny. Historie Iris i Amandy są różne, a przez to wyjątkowe, więc zapewniam, że nie będziecie się nudzić. Każdy z wątków jest poprowadzony z niesamowitą lekkością, dzięki czemu seans mija naprawdę szybko i przyjemnie. Największym plusem filmu, który wyróżnia go na tle innych, są bohaterowie. Iris i Amanda są skrajnie różne, dzięki czasu oglądająca osoba może znaleźć w nich coś z czym się utożsami. Również Miles i Graham nasługują na pochwałę, jednak moich zdecydowanym ulubieńcem jest Eli Wallach jako Arthur Abbott. Ten sarkastyczny i przezabawny reżyser skradł moje serce i kogo obchodzi, że ma ponad dziewięćdziesiąt lat? Jako że mamy do czynienia z komedią romantyczną wszyscy wiemy, jakie będzie zakończenie tej historii i niby można byłoby czepiać się kilku szczegółów, ale jak wielokrotnie powtarzałam - nie ma lepszego momentu na oglądanie lekkich i relaksujących filmów, niż święta... "Holiday" czaruje widzów, angażuje ich w historię, a po seansie jeszcze długo mamy na twarzy uśmiech - tylko to się liczy.
 

"Listy do M." to 15 bohaterów i 5 wyjątkowych historii rozgrywajacych się w zaśnieżonej, mroźnej Warszawie w trakcie jednego wyjątkowego dnia – wigilii Świąt Bożego Narodzenia. Jego magiczna moc połączy ze sobą losy bohaterów tej wyjątkowej komedii zmieniając ich życie już na zawsze. Czasem uciekamy od miłości choć pragniemy jej najbardziej na świecie. Uciekamy od świąt, choć w głębi duszy każdy z nas chciałby, jak dziecko, napisać w liście do mikołaja swoje najskrytsze marzenia. Dlatego to film dla wszystkich, którzy wierzą w miłość i dla tych, którzy już stracili nadzieję. Dla tych, którzy szukają wzruszeń, uśmiechu, pozytywnych emocji i zaskoczenia. Dla tych, którym znudził się grzeczny Święty Mikołaj. Dla tych, którzy lubią święta ale tylko od święta i dla tych, którzy mogliby żyć świątecznym nastrojem cały rok. Dla tych, którzy krzyczą "do diabła z miłością" i dla tych, którzy szepczą "chcę zakochać się już dzisiaj".
 
Co roku planuję obejrzeć "Listy do M." jednak dopiero w tym mi się to udało. Wszyscy znajomi wychwalali ten film, a po seansie mogę powiedzieć tylko jedno: mieli rację. Jest zabawnie, wzruszająco, a przede wszystkim bardzo świątecznie. Każda historia jest inna, a przez to wyjątkowa i oryginalna. Z największym zaciekawieniem śledziłam losy małej uciekinierki z domu dziecka i przystojnego pracownika radia oraz jego rezolutnego synka. Jednak mam mieszane uczucia w stosunku do Tomasza Karolaka w roli niegrzecznego św. Mikołaja. Z jednej strony nadawał dynamizmu całej historii, a z drugiej wydawał się wręcz przerysowany. Nie mam nic przeciwko przekleństwom i rozumiem, że od czasu do czasu pojawiają się na ekranie, ale nasz Mikołaj stanowczo ich nadużywał. Momentami wydawało się to nienaturalne. Jeśli chodzi o aktorów do najjaśniejszymi gwiazdami były dzieci, czyli Julia Wróblewska i Jakub Jankiewicz. Całkowicie skradli moje serce, a ich dialogi były jednocześnie przezabawne i wzruszające. Całości dopełnia świetna muzyka i piękne zdjęcia. "Listy do M." to pozycja obowiązkowa na święta, chociaż niestety niektóre sceny są nieodpowiednie dla młodszych odbiorców, więc nie można go obejrzeć całą rodziną.


Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Kilkoro londyńczyków zamiast poświęcić swój czas na świąteczne przygotowania, boryka się z poważnymi problemami sercowymi. Karen i Harry to małżeństwo z kilkunastoletnim stażem. Kobieta zaczyna podejrzewać, że mąż zdradza ją ze swoją sekretarką Mią. Podobny problem ma pisarz Jamie. Kiedy przyłapuje partnerkę na zdradzie, rozgoryczony wyjeżdża do swojej willi we Francji. Daniel próbuje nawiązać kontakt ze swoim 10-letnim pasierbem, którego tak naprawdę nie zna. Chłopak zakochany jest w koleżance ze szkoły. Nieśmiała Sarah od lat kocha kolegę z pracy i teraz wreszcie dowiaduje się o jego wzajemności. Nowy premier Wielkiej Brytanii pierwszego dnia pracy zakochuje się w swojej sekretarce Natalie, a młoda mężatka Juliet dowiaduje się o uczuciu, jakim darzy ją przyjaciel męża...

Trudno coś napisać o filmie, w którym przewija się tak wiele przeróżnych historii. Podoba mi się, że nie wszystkie kończą się szczęśliwie. Niektóre są słodkie jest świąteczne pierniczki, a inne trochę smutne, ale równie piękne. Sceny przedstawiające różnych bohaterów się przeplatają przez co raz się wzruszałam, a za chwilę wybuchałam śmiechem. Nie podobała mi się tylko jedna historia - ta dotycząca chłopaka, który wyjeżdża do USA szukać dziewczyny, która doceni jego "wdzięki". Wchodząc do pierwszego lepszego baru napotka się napalone Amerykanki - trochę to płytkie, prawda? Natomiast najbardziej spodobała mi się historia premiera, w tej roli cudowny Hugh Grant, i jego pracownicy. Może nie jest to zbyt realistyczne, ale w końcu są święta, a w święta wszystko jest możliwe. Na uwagę zasługuje również Martin Freeman, który wciela się w aktora, który mimo, że gra w dość odważnych scenach to w prawdziwym życiu jest bardzo nieśmiały. Moje serce skradła również historia 10-latka zakochanego w koleżance z klasy. Młodszy Thomas Brodie-Sangster jest uroczy! Nieco smutniejsza była opowieść o mężczyźnie zakochanym w żonie najlepszego przyjaciela. Słynna scena z kartami wzruszyła mnie do łez. "To właśnie miłość" to już klasyk filmowy na Święta Bożego Narodzenia, więc pewnie każdy już widział ten film, ale jeśli nie to z całego serca polecam. Obejrzyjcie go chociażby dla genialnej muzyki, bo odkąd obejrzałam film bez przerwy słucham piosenek z soundtracka.



A JAKIE SĄ WASZE ULUBIONE ŚWIĄTECZNE FILMY?


6 komentarzy

  1. Uwielbiam każdy z tych filmów - idealne produkcje na świąteczny czas... i nie tylko. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię właśnie "To właśnie miłość",ale też chociażby" Grinch. Świat nie będzie ". :)


    Dwie strony książek

    OdpowiedzUsuń
  3. Już przed premierą Listy do M. 2 miałam obejrzeć pierwszą część, ale jakoś mi było nie po drodze, mam nadzieję jednak, że w końcu uda mi się obejrzeć. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham wszystkie te filmy!
    [To właśnie miłość] obejrzałam dość niedawno, ale zdążyłam zrobić to już dwa razy (zakochałam się do tego stopnia).
    [Holiday] oglądała kiedyś moja mama, a ja nigdy nie wiedziałam, co ona widzi w tej produkcji. Dopiero, gdy ją obejrzałam, wiem, że jest po prostu urocza.
    A [Listy do M.] to mój ukochany, polski film. Oglądałam go niezliczoną ilość razy, zresztą tak samo jak drugą część. Mel (czyli święty Mikołaj) może jest ciut przerysowany, ale myślę, że po prostu trzeba go zrozumieć. W drugiej części jego osobowość jest ciekawiej rozwinięta. :)

    Pozdrawiam,
    Izzy z Heavy Books

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym obejrzeć drugą część "Listów do M.", ale nie wiem, czy znajdę na to czas jeszcze te święta.

      Usuń
  5. Każdy z filmów, które wymieniłaś przypadł mi do gustu. Dwa pierwsze oglądałam bardzo dawno temu i jedyne co z nich pamiętam, to to, że bardzo mi się spodobały. Natomiast "To właśnie miłość" oglądałam przed świętami/

    OdpowiedzUsuń

Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.